Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pl. Pokaż wszystkie posty

17 marca 2010

Mechanik ma nosa

Mechanik znalazł w BMW ludzki nos. Właścicielka zataiła wypadek
tan, PAP



Stołeczni policjanci zatrzymali 29-latkę, podejrzewaną o śmiertelne potrącenie młodego mężczyzny. Kobieta uciekła z miejsca wypadku. Sprawa wyszła na jaw, gdy mechanik naprawiający jej auto znalazł fragment ludzkiego nosa.

 - Sprawa wyszła na jaw, gdy młoda kobieta zostawiła swoje BMW w jednym z zakładów mechanicznych w Otwocku. Podczas naprawy mechanik znalazł w podwoziu auta szczątki ludzkie (jak nieoficjalnie dowiedziała się PAP ze źródeł zbliżonych do sprawy, był to fragment nosa) i natychmiast powiadomił policję - zaznaczyła Tietz.

Funkcjonariusze dotarli do właścicielki samochodu. Ta przyznała, że jadąc autem 8 marca "w coś" uderzyła. Jak wyjaśniała, sądziła jednak, że było to "leśne zwierzę".
- Sprawdziliśmy - czy na trasie, o której mówiła, doszło do jakiegoś wypadku. Okazało się, że śmiertelnie potrącony został pieszy - 28-letni mężczyzna, a kierowca uciekł - dodał Tietz.

26 sierpnia 2009

Jak zostac wyrzuconym ze stołówki?



Meredith Young, doktorantka z uniwersytetu McMaster w Kanadzie obserwując stołówkę uniwersytecką, zauważyła, że studentki w towarzystwie kolegów zamawiały jedzenie zawierające wyraźnie mniej kalorii niż te, które jadły wyłącznie w towarzystwie koleżanek. Ponadto im więcej mężczyzn było w grupie, tym mniejsza była kaloryczność zamawianych przez kobiety dań.


25 sierpnia 2009

Wsteczniactwo i karzeł reakcji!



Za pomocą najnowszych metod badań genetycznych prof. William Parker oszacował, że biologiczna historia wyrostka robaczkowego sięga ok. 80 mln lat wstecz. W tym czasie przynajmniej dwa razy intensywnie on ewoluował: raz u australijskich torbaczy, a drugi u gryzoni (szczurów, lemingów, norników) i u ssaków naczelnych, w tym ludzi.

W dawnych czasach, gdy były z tym problemy i biegunki zdarzały się znacznie częściej, wyrostek robaczkowy miał o wiele więcej roboty - wciąż musiał uzupełniać braki flory bakteryjnej. Dziś, gdy w wielu krajach warunki sanitarne o niebo się polepszyły, flora bakteryjna musi być uzupełniana rzadziej. Ale wyrostek nie chce się z tym pogodzić i nadmiernie reaguje w przypadku nawet niewielkich bodźców. Skutek? Ostry stan zapalny.

17 sierpnia 2009



Skala bólu według Schmidta została stworzona przez entomologa z południowo-zachodniego Instytutu Biologicznego Uniwersytetu Arizońskiego – Justina O. Schmidta. Użądliło go wiele błonkówek. Na podstawie tych doświadczeń stworzył on listę dla porównania bólu użądleń wszystkich błonkówek w czterostopniowej skali.

Angielskie porównania bólu spowodowanego danym użądleniem zawierają takie sformułowania jak:

29 lipca 2009

Samych miękkich lądowań życzymy samobójcom.


40-letni Szwajcar w spektakularny sposób próbował w nocy z wtorku na środę odebrać sobie życie. Mężczyzna oblał się substancją łatwopalną, podpalił, a następnie skoczył z tarasu widokowego w centrum Bazylei - napisał szwajcarski dziennik "Blick".

Skok nie był jednak śmiertelny, gdyż mężczyzna spadł na rozstawiony namiot, należący do baru "Chill am Rhy". Płachta służąca jako dach lokalu na świeżym powietrzu znacznie zamortyzowała upadek.

20 lipca 2009

Łowczyyyy!


Śmierć 2-letniej dziewczynki uduszonej przed trzema tygodniami przez birmańskiego pytona zmobilizowała władze stanu Floryda. W teren wyruszyli nowolicencjonowani łowcy gadów. Urzędnicy oceniają, że w całym stanie żyje na wolności około 100 tysięcy tych drapieżników - pisze brytyjski "Guardian".

2-letnia dziewczynka została 1 lipca uduszona w swoim łóżeczku przez pytona, który uciekł z terrarium. Nagłośniony przez media dramat zmusił władze do reakcji. Lokalne władze i politycy z Florydy publicznie zwracali uwagę na problem 100 do 150 tysięcy pytonów, które w sposób niekontrolowany mnożą się na bagnach Parku Narodowego Everglades.

Ważące do 90 kilogramów i mierzące nawet 8 metrów długości pytony birmańskie, najpopularniejsza  odmiana z występujących na Florydzie, potrafią upolować zwierzę wielkości jelenia.

- Jest tylko kwestią czasu zanim te pyton zaczną "składać wizyty" w domach mieszkańców - alarmował w mediach demokratyczny senator Bill Nelson. Pochodzące z Afryki, lub południowo-wschodniej Azji pytony są na Florydzie intruzami, które nie mają w środowisku żadnego naturalnego przeciwnika, który ograniczyłby ich ekspansję. Mieszkańcy słonecznego stanu za niekontrolowany rozrost terytorium drapieżników winią ich właścicieli, którzy popchnięci modą kupują zwierzęta, a potem wypuszczają na wolność, gdy im się znudzą.

Inni problemu doszukują się w huraganie Andrew - pisze "Guardian". Żywioł zniszczył zoo i sklepy zoologiczne w 1992 roku, tym samym dając wolność wielu zwierzętom. Eksperci obawiają się, że jeśli władze nie podejmą szybko kroków ogromna populacja pytonów wpłynie na środowisko dosłownie wyjadając wszystkie małe ssaki, ptaki i gady.

Gubernator Florydy Charlie Crist w zeszłym tygodniu wyraził zgodę na rozpoczęcie polowania na pytony dla grupy kilku łowców.

13 lipca 2009

14-latek wciągnięty do odpływu wody na basenie



14-letni Brytyjczyk zginął w wypadku na basenie w jednym z kurortów w Tajlandii. Chłopiec został wciągnięty przez pompę do odpływu. Nie udało się go uratować.

Do wypadku doszło w miejscowości Pattaya w Tajlandii, gdzie chłopiec wraz z rodziną spędzał wakacje.

Jak podaje BBC, 14-letni Nathan Clark zanurkował po gogle, które wpadły do odpływu. Najprawdopodobniej chłopiec podniósł kratkę osłaniającą otwór. Wtedy pompa wessała go do środka. Gdy tylko rodzice zauważyli, że chłopiec nie wypłynął, zaalarmowali ochronę. Ojciec 14-latka wskoczył do wody w poszukiwaniu syna. Dziecka nie było. Jak relacjonują rodzice, ochroniarze bagatelizowali ich apele. Nie wierzyli, że chłopiec mógł zostać wciągnięty do odpływu.

Ciało 14-latka znaleziono po mniej więcej 30 minutach w jednym z pomieszczeń, do których odpływała woda.

1 lipca 2009

Wielka szybka przygoda łódzka


Napaść na kierowcę na skrzyżowaniu, szaleńcza jazda z Łodzi do Konstantynowa, a później bieg po osiedlu w stroju Adama - ta historia zdarzyła się naprawdę. Jej bohater to 26-letni łodzianin pod wpływem narkotyków

Zaczęło się na ulicy Legionów, na skrzyżowaniu z Zieloną i Kasprzaka. Na zmianę świateł czekał tam m.in. kierowca w mitsubishi pajero. To auto upatrzył sobie 26-latek. - Wsiadł do środka i zażądał, aby kierowca jechał na działkę w Kwiatkowicach. Zagroził, że jeśli jego życzenie nie zostanie spełnione, pobije właściciela mitsubishi - informuje podinspektor Joanna Kącka z komendy wojewódzkiej policji w Łodzi. - W końcu użył wobec niego siły.

Mitsubishi ruszyło w stronę Konstantynowa Łódzkiego. Kierowca wspomina, że pasażer był pobudzony, jakby znajdował się pod wpływem środków odurzających. Groźbami zmuszał go do szybkiej jazdy i łamania przepisów drogowych. Gdy dojechali do Konstantynowa Łódzkiego, zażyczył sobie, aby kierowca skręcił w boczną uliczkę. Gdy auto przejechało kilkaset metrów, zmusił kierowcę żeby wysiadł. Sam zasiadł za kierownicą i ruszył z powrotem w stronę Łodzi - na Retkinię. Kierowca zaalarmował policjantów. W tym czasie uciekinier stracił panowanie nad samochodem i zjechał do rowu. Zostawił więc auto i zaczął biec. Nago, bo biegnąc pozbył się ubrania.

Rozebranego i zakrwawionego mężczyznę znalazł na ul. Popiełuszki (Retkinia) patrol policji. Kącka:- Gdy funkcjonariusze próbowali zatrzymać 26-latka, zrobił się bardzo agresywny. Atakował ich, obrzucał wyzwiskami, pluł, straszył, że ich pozaraża, bo jest nosicielem HIV.

W końcu udało się go zakuć w kajdanki. Ponieważ interweniujący policjanci mieli kontakt z jego krwią i śliną, podano im specjalistyczne leki, a mężczyźnie pobrano krew do badań. Zatrzymany był pod wpływem narkotyków. Zostanie mu przedstawiony zarzut kradzieży samochodu przy użyciu przemocy i gróźb. W więzieniu może spędzić do dziesięciu lat.


29 czerwca 2009

Gobliny w banku



Chcieli wyłudzić z banku w Zielonej Górze ponad 20 tys. zł. Wpadli, bo ... nie znali ortografii.


W sprawę zamieszana jest 22-letnia kobieta, która w jednym z zielonogórskich banków na podstawie fałszywego zaświadczenia o zatrudnieniu chciała wziąć 20-tysięczny kredyt.

Zaświadczenie wypisane rzekomo przez księgową firmy, w której miała 22-latka pracować, zawierało rażący błąd ortograficzny. Po sprawdzeniu okazało się, że kobieta nigdy nie pracowała we wskazanej firmie.

Policjanci w śledztwie ustalili, że kobieta wcześniej złożyła dokumenty także w innym banku. Wtedy chciała wziąć 15 tys. zł kredytu. Wraz z kobietą zatrzymano 33-letniego mężczyznę, który sfałszował dokument.

Obojgu oszustom grozi kara do 5 lat więzienia.

10 czerwca 2009


Jak zatuszować niedobór w kasie i bałagan w dokumentach? 59-letnia pracownica działu finansowego w urzędzie miasta w Kowalewie Pomorskim, która miała ten problem postanowiła... podpalić budynek magistratu.

Pożar w urzędzie wybuchł w poniedziałek nad ranem. Strażacy, którzy go gasili od razu poznali, że była to sprawka podpalacza - wskazywało na to wybite okno i sposób rozprzestrzeniania się ognia: paliło się tak, jakby ktoś rozlał w środku łatwopalny płyn.

Ich podejrzenia potwierdziły się jeszcze tego samego dnia wieczorem, kiedy policja zatrzymała sprawcę. Co ciekawe, jest to 59-letnia pracownica magistratu Danuta K. Kobieta, która w urzędzie zajmowała się m.in. obsługą kasy zapomogowo-pożyczkowej przyznała się, że wznieciła pożar, aby nie wydało się, że przywłaszczyła co najmniej 10 tys. zł. A ryzyko było spore, bo właśnie ZUS przysłał do niej kontrolę. Danuta K. uznała, że w tej sytuacji najbezpieczniej dla niej będzie, jeśli szafa z dokumentacją spłonie - dlatego w jej pobliżu wznieciła ogień.Choć strażacy szybko opanowali pożar, straty sięgają 10 tys. zł - spaliły się m.in. drewniane schody, boazeria oraz okno. 59-latce, która za ok. pół roku mogłaby odejść na emeryturę, grozi do 5 lat więzienia.

2 czerwca 2009

Szukam gabinetu 554A, skrzydło F w budynku C1



Do dyżurnego płockiej policji zadzwoniła pasażerka autobusu miejskiego zadziwiona widokiem jednego z pasażerów. Jak opisywała, linią 22 jedzie "marnie wyglądający mężczyzna, w samej piżamie, z wenflonem wkłutym w rękę i z kroplówką". W pogoń za autobusem ruszył radiowóz. Gdy dopadł pojazd z dziwnym pasażerem policję zaalarmował szpital. Jak się okazało, zniknął im pacjent.

Policjanci przekazali uciekiniera załodze karetki pogotowia. Nie wiadomo, dlaczego wyrwał się na wolność.

That's some spooky shit, sir!


Skazany sklonował się w więzieniu

Kto tak naprawdę siedzi w łowickim więzieniu? I czy to ta sama osoba, która popełniła przestępstwo i została skazana? Tę zagadkę będzie musiał rozwikłać sąd. - Sytuacja jest nietypowa i niecodzienna - przyznaje Jarosław Papis, rzecznik prasowy łódzkiego sądu okręgowego.

26-letni Konrad W., mieszkaniec Radomia, został skazany na półtora roku więzienia. Pod koniec kwietnia policjanci przywieźli go do więzienia w Łowiczu, aby odsiedział karę. Wtedy Konrad W. oznajmił, że jest Danielem W., a Konrad to jego młodszy o rok brat. Nie miał przy sobie dowodu osobistego, więc służba więzienna - nie mając pewności, kim jest ten człowiek - nie przyjęła go do odsiadki.

Następnego dnia policjanci jeszcze raz go przywieźli i tym razem dostarczyli pełną dokumentację, która miała potwierdzić jego tożsamość. Mężczyzna został przyjęty do więzienia jako Konrad W. Ale sprawa nie dawała spokoju szefowi działu ewidencji zakładu w Łowiczu. Zaczął przeglądać bazy danych, ściągać akta z innych placówek. Doszukał się, że w 2006 r. w różnych więzieniach i aresztach przebywały dwie osoby posługujące się danymi Konrada W. W aktach jednej z nich było zdjęcie więźnia z Łowicza. W teczce drugiej znaleziono fotografię zupełnie innego mężczyzny.

Znaleziono też akta Daniela W. Na zdjęciu był człowiek, którego przyjęto do łowickiego zakładu.

Sam więzień potwierdził, że nazywa się Daniel W. i ma 27 lat. W bazie danych policji AFIS, gdzie gromadzone są odciski palców, figuruje jako swój brat Konrad. A to dlatego, że gdy cztery lata temu policja przyłapała go na kradzieży złomu, podał dane brata. Pobrano jego odciski, ale zarejestrowano pod nazwiskiem Konrad W. Dlatego gdy został zatrzymany po kolejnym przestępstwie (tym, za które trafił do Łowicza), policja zidentyfikowała go jako Konrada. Przyznał też, że on jest sprawcą tego przestępstwa, on odpowiadał przed sądem i dostał wyrok, ale figurują w nim dane brata.

Zagadka wydaje się więc rozwiązana. Problem w tym, że w dokumentach nic się nie zgadza. Wyrok jest na Konrada W., a za kratkami siedzi prawdopodobnie Daniel W.

- Błąd nie powstał u nas, ale my go wykryliśmy - mówi mjr Sławomir Witkowski z Zakładu Karnego w Łowiczu. - O sprawie zawiadomiliśmy sąd penitencjarny, aby wyjaśnił, czy nie doszło do nieprawnego pozbawienia wolności.

Sąd będzie musiał ustalić prawdziwą tożsamość więźnia i czy słusznie odsiaduje on karę. Niewykluczone, że sprawa skończy się wznowieniem procesu.

25 maja 2009

A z którymi Sikhami ty trzymasz, Dieter?



Zmarł guru postrzelony w austriackiej świątyni


Zmarł 57-letni guru Sant Rama Nand, ranny w niedzielę w strzelaninie, do której doszło w sikhijskiej świątyni w Wiedniu - poinformowała austriacka policja. Stan drugiego rannego guru - Sant Niranjan Dassa - lekarze określają jako stabilny.

Podłożem strzelaniny w świątyni była najprawdopodobniej trwająca od lat rywalizacja między różnymi ośrodkami kultu sikhijskiego w stolicy Austrii. Starcie wybuchło w trakcie kazania, które wygłaszał przybyły specjalnie z Indii guru Shri Guru Ravidas Sabha. Wiedeńska świątynia nosi jego imię.

Jak powiedział agencji APA jeden ze świadków zajścia, otwarta w pod koniec 2005 roku świątynia w dzielnicy Rudolfsheim-Fuenfhaus jest w konflikcie z dwoma innymi sikhijskimi domami modlitwy, które znajdują się w wiedeńskich dzielnicach Meidling i Donaustadt.

W indyjskim stanie Pendżab tysiące ludzi protestowały w poniedziałek przeciwko zajściu w stolicy Austrii. Podpalano sklepy, samochody i pociągi. Na części terytorium tego stanu wprowadzono godzinę policyjną oraz postawiono armię w stan gotowości. Uczestnikami protestów są członkowie społeczności, z której pochodził guru Sant Rama Nand. Policja zapewnia, że sytuacja, choć napięta, jest pod kontrolą.

22 maja 2009

A KuKuKu!

Tydzień po wyborze pierwszego niebiałego prezydenta w historii Amerykanie w tragiczny sposób przypomnieli sobie, że wciąż są w ich kraju grupki niebezpiecznych rasistów.

W niedzielę w Luizjanie, na głębokim południu USA z przeszłością niewolnictwa i rasizmu, doszło do kolejnego morderstwa Ku-Klux-Klanu, organizacji białych separatystów. Ofiarą padł nie Murzyn, ale biała kobieta, która chciała wstąpić do Klanu, ale prawdopodobnie się rozmyśliła.

43-letnia Cynthia Lynch z Oklahomy poznała grupę KKK z Bogalusy w Luizjanie przez internet. W ostatni weekend przyjechała na uroczystość wstąpienia do bractwa. W sobotę została zaprzysiężona na odległym kempingu, ale w niedzielę stwierdziła, że chce wracać do miasta. To wywołało wściekłość szefa grupy Braterstwo Synów Dixie KKK Raymonda Chucka Fostera, który pomyślał, że Cynthia się wycofuje, i ją zastrzelił.

On i siódemka jego pomocników spalili wszystkie rzeczy Cynthii, wyjęli z jej ciała kulę i schowali ciało pod stosem gałęzi. - To zadziwiające, że taka banda głupków zadała sobie tyle trudu, by zataić morderstwo -
mówi lokalnej gazecie "Daily News" szeryf miasteczka Jack Strain.

To, że Braterstwo Synów Dixie, rzeczywiście jest "bandą głupków", potwierdza historia ich wpadki: kiedy było już po wszystkim, dwóch z nich poszło o czwartej rano do supermarketu zapytać, jak zmyć krew z
ubrań. Fosterowi grozi teraz dożywocie, siódemce jego współpracowników - do kilkunastu lat więzienia.

Jeszcze w latach 90. kongresmanem stanowym Luizjany został były szef Klanu David Duke, który liczył się też w wyborach na gubernatora. Jednak ostatnio wspierany przez niego kandydat przegrał z kretesem prawybory z Bobbym Jindalem, śniadym politykiem republikańskim pochodzenia hinduskiego. I to jego właśnie Luizjana wybrała na pierwszego w USA gubernatora - Hindusa.

- Ten miesiąc przyniósł nam historyczne zmiany - mówiła dziennikarzom czarna mieszkanka Bogalusy Hattie Dillon, mając na myśli wybór Baracka Obamy na prezydenta. - Ale po tym morderstwie KKK znów otworzyły się nam oczy.

Jednak Mark Potok, działacz praw mniejszości z Alabamy, mówi: - KKK to dziś już tylko żałosna garstka wykolejeńców.

18 maja 2009

Oddał ucho prostytutce


Vincent van Gogh nie obciął sobie ucha, a stracił je w pojedynku z innym słynnym malarzem Paulem Gauguinem - dowodzą autorzy najnowszej publikacji na ten temat, opartej na policyjnym raporcie.

Dwoje niemieckich historyków sztuki Hans Kaufmann i Rita Wildegans 10 lat zbierali materiały, które posłużyły im do napisania książki, która ukazała się pod tytułem "Ucho van Gogha: Paul Gauguin i Pakt Milczenia".

Według badaczy przed burdelem doszło do starcia dwóch słynnych malarzy, w wyniku którego wyśmienity szermierz Gauguin obciął van Goghowi ucho, które - jak donosi w swojej książce para Niemców - pijany van Gogh wręczył prostytutce. Później obaj ustalili, że policji opowiedzą że był to akt samookaleczenia.

W 1888 r. holenderski malarz przeniósł się z Paryża do Arles w Prowansji. Chcąc stworzyć tam wspólnotę artystów, wynajął "Żółty dom" i ściągnął do niego swego przyjaciela Paula Gauguina. Artyści nie mogli się jednak porozumieć. Po kolejnej sprzeczce, autor "Słoneczników" zagroził przyjacielowi brzytwą, po czym obciął sobie fragment małżowiny.

Taka wersja wydarzeń, rozpowszechniona w biografiach Van Gogha, została zmyślona przez samego malarza - twierdzą Hans Kaufmann i Rita Wildegans.

Według niemieckich wykładowców sztuki przyjmowana do tej pory wersja opiera się na sprzecznych i mało prawdopodobnych dowodach, i nie jest podparta żadnym zeznaniem bezpośredniego świadka.

15 maja 2009

Mój sssskarbie...?



Ładny, srebrny pierścionek. Na pozór taki, jak setka innych, które można kupić w sklepach jubilerskich. Tyle tylko, że ma około 300 lat i dwa dni temu archeolog z Olkusza wykopał go przy miejscowej bazylice. I teraz bardzo się go boi. Jerzy Roś nikomu nie daje pierścienia do ręki. Szybko chowa i straszy klątwą. Jego zdaniem dziwne, czasem tragiczne zdarzenia towarzyszące odkrywaniu tajemnic przeszłości to nie tylko literacka i filmowa fikcja - czytamy w dzienniku "Polska".


Jak mówi, wiedzą o tym najlepiej właśnie archeolodzy, którzy na co dzień stykają się z przedmiotami sprzed wielu wieków. Jego 26-letnie doświadczenie zawodowe wskazuje bowiem, że igranie z pamiątkami historii może się skończyć tragicznie.

- Obrączka to zapewne pozostałość po pochówku jakiejś młodej kobiety - domyśla się Roś. - Cały teren wokół kościoła przez kilkaset lat od początku XIV wieku był cmentarzem, na którym chowano kolejne pokolenia olkuskich mieszczan - wyjaśnia.

Archeolog twierdzi, że co prawda twardo stąpa po ziemi, ale zaraz dodaje, że niektóre zdarzenia związane z zabytkowymi przedmiotami nie znajdują racjonalnego wytłumaczenia. Mówi o tym nie tylko na podstawie własnych doświadczeń. Zaznacza, że do oficjalnego obiegu rzadko trafiają niesamowite opowieści przekazywane sobie przez kolegów po fachu, które przeciętnemu słuchaczowi zjeżyłyby włosy na głowie.

14 maja 2009

PRL saves the day



Fuszerka budowniczych z PRL uratowała życie ponad 100 rodzin z wieżowca przy ul. Hetmańskiej 54. Jak się dowiedzieliśmy, gaz odkręcony po to, by wysadzić blok, ulatniał się ponad 18 godzin.

Chodzi o sprawę morderstwa 70-letniego Włodzimierza R., który mieszkał samotnie w bloku przy Hetmańskiej. 1 marca br. zmasakrowane ciało emeryta odnalazła rodzina. Policja ustaliła, że dzień wcześniej mężczyznę odwiedził daleki krewny: 19-letni Wojciech P. To on jest podejrzany o zabójstwo. Wersje są dwie: albo chciał pożyczyć pieniądze, ale staruszek odmówił, więc musiał zginąć, albo też 19-latek od początku planował zbrodnię i rabunek mieszkania.

Morderca, zanim wyszedł, postanowił zatrzeć ślady. Odkręcił kurki od gazu w kuchence, a okap połączony z kratką wentylacyjną zapchał ubraniami."Gazeta" dotarła do opinii biegłego gazownika, z której wynika, że niewiele brakowało do tragedii. Gaz ulatniał się aż 18 godzin. Ekspert stwierdził, że niebezpieczeństwo wybuchu było znaczne, zaś sama eksplozja mogła zniszczyć nie tylko wieżowiec, ale także wszystko, co znajdowało się w pobliżu.

Do wybuchu mogło doprowadzić nawet naciśnięcie dzwonka. Gaz jednak nie eksplodował. - Zapewne stężenie gazu było mniejsze, niż wynika z teoretycznych wyliczeń - tłumaczy Leszek Łuczak z Wielkopolskiej Spółki Gazownictwa.

Co więc uratowało mieszkańców?

- Zapewne budownictwo z czasów PRL. Gaz nie zbierał się w mieszkaniu, ale wydostawał się na zewnątrz - przypuszcza Paweł Wąsik z prokuratury rejonowej Poznań-Grunwald.

13 maja 2009

Złota nowozelandzka jesień



Pięć trąb wodnych przez 10 minut z zapartym tchem obserwowali mieszkańcy wybrzeży Zatoki Obfitości w Nowej Zelandii.

Jedno z tornad weszło na ląd i
poczyniło spore spustoszenia w kilku nadmorskich miejscowościach. Uszkodzeniu uległy dachy na domach i sklepach. Na jednej z ulic słup wirującego powietrza porwał i przeniósł krzesła i parasole z ogródka przy sklepie.

Podczas solidnej
burzy na ulice gęsto padał grad, który sprawił, że samochody ślizgały się i powodowały kolizje. W niektórych miejscach warstwa gradu miała aż 10 centymetrów grubości. Opady deszczu były tak intensywne, że studzienki nie nadążały z odprowadzaniem wody. W jednym z centrów handlowych studzienki wybiły powodując podtopienia, przez co ponad 2 tysiące ludzi zmuszonych zostało do ewakuacji.

Strażacy przez wiele godzin wypompowywali wodę z zatopionych domów i sklepów.
Nowozelandzkie media informują również o wielu zwierzętach hodowlanych, które padły na jednej z farm na skutek porażenia piorunem.

W Nowej Zelandii trwa zaawansowana jesień, ale mimo to temperatury w dalszym ciągu utrzymują się na wysokim poziomie. To właśnie zderzenie się dwóch skrajnych mas powietrza, ciepłego z północy i chłodnego z południa, spowodowało powstanie chmur burzowych niosących tornada, burze i grad.

6 maja 2009

Ratunku, Niemcy mnie biją 2



Pijany ukraiński minister spraw wewnętrznych Jurij Łucenko awanturował się na lotnisku we Frankfurcie nad Menem - podał niemiecki dziennik "Bild". Konieczna była interwencja policji.

(PAP)

Jak relacjonuje gazeta, Łucenko oraz jego 19-letni syn mieli w poniedziałek po 18. przesiąść się we Frankfurcie na samolot do Seulu.

Jednak ich zachowanie zwróciło uwagę personelu na lotnisku. Wezwano kapitana samolotu, który uznał, że wpuszczenie obu mężczyzn na pokład maszyny stanowiłoby zagrożenie dla bezpieczeństwa lotu. Byli bowiem zbyt pijani.

Wówczas mężczyźni zaczęli się głośno awanturować, nie przebierając w słowach. Obsługa zaalarmowała policję: "Ktoś sprawia nam kłopoty i twierdzi, że jest ukraińskim ministrem spraw wewnętrznych".

Gdy funkcjonariusze pojawili się na miejscu Łucenko i jego syn zaczęli rzucać telefonami komórkowymi. Doszło do przepychanek. Szczególnie agresywny młody Łucenko musiał zostać zakuty w kajdanki.

Kontrola wykazała, że chłopak miał 3 promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Łucenko zasłonił się immunitetem dyplomatycznym i nie musiał dmuchać w alkomat. Zażądał przybycia przedstawiciela niemieckiego rządu oraz przeprosin.

Z misją dyplomatyczną pośpieszył na lotnisko wiceszef policji landu Hesja Guenter Hefner. Po godzinnej rozmowie zgodzono się wycofać doniesienia o stawianiu oporu i obrazę funkcjonariuszy oraz nie ujawniać incydentu, by pan minister nie miał problemów w swoim kraju.

Jak relacjonuje "Bild", dopiero po 1. w nocy Łucenko i syn opuścili areszt na lotnisku we Frankfurcie, a we wtorek wieczorem odlecieli - prawdopodobnie trzeźwi - do Seulu.

Doniesienia dziennika potwierdził w środę agencji dpa rzecznik policji w porcie lotniczym we Frankfurcie nad Menem.

17 kwietnia 2009

Lodoskoczek


Emanuel Sandhu of Canada makes a successful jump during his skating in the men's short program in the World Figure Skating Championships in Tokyo Wednesday, March 21, 2007. Sandhu was placed 10th in the men's short program.

20-letni mężczyzna niespodziewanie wyskoczył z wyczarterowanego samolotu lecącego z miasta Yellowknife nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym w kanadyjskiej prowincji Terytoria Północno-Zachodnie do oddalonej o 850 kilometrów na północ osady Cambridge Bay w Arktyce. Jak informują kanadyjskie media, mężczyzna w pewnej chwili stracił panowanie nad sobą i próbował otworzyć drzwi. Mimo próby powstrzymania go, mężczyzna skoczył z wysokości 7 kilometrów, około 180 kilometrów od Cambridge Bay.

Z powodu śnieżycy nie można było wszcząć poszukiwań ciała. Kanadyjscy ratownicy sądzą, że najprawdopodobniej nie uda się go znaleźć, ponieważ spadając z tak dużej wysokości ciało wbiło się w zaspy śnieżne i dodatkowo zostało przysypane świeżym puchem. Arktyka może wydać ciało dopiero za kilka tygodni, kiedy nadejdzie odwilż i śnieg się roztopi.

Samobójca był praktykantem mechanika w małej osadzie Cambridge Bay położonej na południowym wybrzeżu Wyspy Wiktorii, nad malowniczą Zatoką Królowej Maud. Prawie 300 kilometrów na północ od koła polarnego warunki pogodowe przez większą część roku pozostają skrajne. Nieco ponad tysiąc mieszkańców trudni się łowiectwem i rybołówstwem. Wraz z rdzenną ludnością inuicką mieszkają tam także naukowcy oraz pracownicy szybów naftowych i kopalni z całego świata. Nie wszyscy są w stanie przetrwać rozłąkę z rodziną, w dodatku podczas długich nocy polarnych, zawiei i zamieci śnieżnych przy temperaturze spadającej nawet do minus 45 stopni.

Jak wynika z ostatnich badań naukowych w ostatnich latach postępująca eksploracja obszarów polarnych sprawia, że w skrajne warunki trafiają osoby zupełnie na to nieprzygotowane psychicznie. Dlatego też wzrasta systematycznie liczba samobójstw.